Już miałem iść spać do piórnika, żeby na te lale nie patrzeć, aż tu widzę na Lodzinej ławce siedzi sobie lalusia taka malutka, mało co większa ode mnie, troszkę krzywa w pasie, przekrzywiona na jeden boczek, z noskiem jak kartofelek, siedzi sobie cichutka i zawstydzona.
Więc ja zaraz do niej i pytam:
— Z czego ty jesteś?
— Ja, z gałganków…
— A kto cię zrobił?
— A Lodzia.
— A jak ci na imię?
— Klarcia.
— A ty z czego jesteś?
— Ja, z plasteliny.
— A kto cię zrobił?
— A Tosia.
— A jak ci na imię?
— Plastuś.
I zaraz bardzośmy się polubili i wszystkośmy sobie opowiedzieli.
A tutaj Honorka z trzeciej ławki mówi do Tosi:
— Patrz, jaką Lodzia ma brzydką, szmacianą lalkę i szyje dla niej taką paskudną, burą sukienkę. To wcale nie warto.
A Lodzia szyła dla Klarci sukienkę z takiej burej szmatki i jak to usłyszała, to się rozpłakała. Więc Tosia okropnie się rozzłościła na tę Honorkę i powiedziała, że „właśnie warto” i zaraz oddaliśmy dla tej Klarci połowę naszego najładniejszego kwiatkowego materiału.
A nasza Petronela wcale nie żałowała, jeszcze tylko sama pomagała nam wybierać, który jest najładniejszy, śmiała się i mrugała oczami do Klarci.
Ta nasza Petronela to jest widać nienajgorsza, tylko poco się na zielonej kanapie z pudełka od papierosów rozpiera, nosa do góry zadziera i wszystkim rozkazuje?
A potem tej Honorce było bardzo żal i chciała zaraz Lodzi oddać własną lalkę, ale Lodzia nie chciała, powiedziała, że woli swoją szmacianą Klarcię.
Więc się tylko wycałowały i wszystko było dobrze.
A potem Klarcia miała najładniejszą sukienkę ze wszystkich lalek: zieloną w czerwone kwiatuszki!