Więc ten Witek oddał mnie Tosi.
Tego, co potem było, to już nawet ta nasza najładniejsza złota stalówka nie umiałaby opisać.
Tosia posadziła mnie na dłoni i głaskała po głowie i mówiła:
— Mój biedny, malutki Plastuś! — I włożyła mnie do piórnika, żebym się ze wszystkimi przywitał.
Jak mnie w piórniku zobaczyli, zrobił się gwałt i pisk i zgrzytanie z radości.
Wszyscy się ze mną witali, jak tylko kto umiał i żałowali mnie, że taki jestem zabiedzony i brudny.
Guma-myszka i wycieraczka chciały mnie zaraz czyścić, każda po swojemu. Scyzoryk chciał mi ten długi nos obciąć i oskrobać mnie do czysta. A stalówki skrzypiały, że mu pomogą. Przyznam ci się, mój pamiętniku, w sekrecie, że się tego wszystkiego trochę bałem, choć bardzo kocham moich przyjaciół z piórnika. Jakby mnie kolega scyzoryk zaczął skrobać, tak jak temperuje ołówki — to ładniebym wyglądał!
Ale na szczęście Tosia wyjęła mnie w tej właśnie chwili z piórnika i sama swojemi delikatnemi rączkami zaczęła mnie leczyć.
Nos mi zrobiła taki ładny, jak dawniej. Doprawiła mi całą lewą nogę, zakleiła to miejsce, gdzie mnie nitka zraniła, i zdjęła ze mnie to szkaradne ubranie krasnoludka.
Joasia zawołała:
— No, już Plastuś zdrowy!
A Tosia posadziła mnie na wycieraczce w moim piórnikowym pokoiku.
Było mi dobrze i wesoło, aż tu nagle przypomniało mi się, jak się pyszniłem, że idę na choinkę, a oni wszyscy zostają w piórniku, i jak im chciałem zagrać na nosie!
A oni teraz tacy dobrzy!
Więc mi się zrobiło bardzo przykro i zacząłem zaraz gumę i wszystkich przepraszać. A oni powiedzieli, że nic nie szkodzi; że oni w domu też mieli choinkę i że przybyły nam na gwiazdkę śliczne, kolorowe ołówki.
Zaraz się z niemi zapoznałem i znowu jest wszystko dobrze.
Znów jestem Plastusiem i nie chcę być niczem więcej.
Chcę już zawsze mieszkać tylko w Tosinym piórniku.